Ciocia stała jakby ją ktoś zamienił w kamień.
- Proszę... Proszę wejść - zreflektowała się w końcu przesuwając się, aby ją wpuścić.
- Orla Malfoy. Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów - wylegitymowała się kobieta. - Pamięta mnie pani - stwierdziła dość chłodno.
Miała lśniące blond włosy i bardzo ciemne brązowe oczy. Szybko omiotła wzrokiem korytarz, a teraz wpatrywała się w Anastasię, która czuła się tak, jakby ktoś prześwietlał ją na wylot.
- T-tak - wydukała Flavia Labollay, mocując się z drzwiami, które nie dawały się domknąć. - Proszę do mojego pokoju.
Do cioci chyba pomału zaczynało docierać co się dzieje. Gdy weszła za Orlą Malfoy do salonu, myślała już całkiem trzeźwo.
- Napije się pani czegoś? - zapytała.
- Nie zostanę długo - odparła kobieta. - Proszę usiąść.
Zanim ciocia wykonała polecenie, niepewnie spojrzała na Anastasię. Pani Malfoy trafnie rozszyfrowała jej wyraz twarzy:
- Dziewczynka może zostać - powiedziała. - Nie będę mówiła o niczym o czym nie mogłaby wiedzieć.
- W takim razie... Dobrze. - Ciocia w końcu usiadła na kanapie. - Nie wiem jednak, czy jestem odpowiedni osobą do takiej rozmowy. Jak zapewne pani wiadomo, wampiry bezwzględnie podlegają swojemu władcy, więc...
- Zdaję sobie z tego sprawę - przerwała jej dobitnie kobieta. - Jednak sprawa, o której chcę z panią mówić dotyczy czarodziejów, a jest pani jedną z niewielu osób w naszym społeczeństwie, którą może obchodzić los brytyjskiej populacji wampirów. W dodatku sprawa dotyczy pani osobiście, więc tak, to z panią powinnam rozmawiać. Jestem tutaj na wpół oficjalnie. Nie mam zbyt wiele czasu, więc przejdę od razu do rzeczy.
Anastasia przyglądała się kobiecie, starając się odczytać jej intencje. Twarz pani Malfoy nie zdradzała jednak żadnych emocji. Jej głos wciąż był chłodny i konkretny. Wyglądała na osobę, która nie znosi sprzeciwu.
- W takim razie słucham - ciotka utkwiła w niej wzrok.
- Nasz szanowny Minister Magii ma zamiar przekazać sprawę zamordowania państwa Labollayów Wydziałowi Istot w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami.
Anastasia spojrzała na nią z niemym oburzeniem.
- Nie chciałabym do tego dopuścić, bo jestem przekonana, że mordu dokonał czarodziej, a Shacklebolt jest głuchy na moje argumenty - kontynuowała kobieta. - Stąd moja wizyta tutaj. Chcę doprowadzić sprawę do końca. A sama pani przyzna, że Biuro Aurorów jest odpowiedniejszym wydziałem do zajmowania się tak brutalnymi morderstwami bez względu na to, czy ofiarą był czarodziej, czy istota magiczna.
- O-oczywiście. Zgadzam się z panią - przytaknęła ciocia. Już na pierwszy rzut oka widać było, że jest wzburzona. - Ale co ja mogę zrobić w tej sytuacji?
- Myślę, że uda nam się zawrzeć układ - odparła pani Malfoy lodowatym tonem. - Jak najszybciej to możliwe, pani musi skierować sprawę do Departamentu Przestrzegania Prawa. Jest pani czarownicą, więc mój wydział będzie musiał się nią zająć bez względu na to, że dotyczy wampirów. Dzięki pewnym niedociągnięciom w naszym prawie, które aktualnie bardzo mi pomogą, liczy się powództwo, a nie to, kogo rzecz dotyczy. A ja już się postaram, aby akta trafiły akurat na moje biurko.
Orla Malfoy wstała, co oznaczało, ze rozmowa została zakończona.
- Jak się pani odwdzięczę? - zapytała ciocia Flavia.
Sądząc po wyraźnie nieugiętym charakterze pani Malfoy, cena mogła być wysoka.
- Tym razem wystarczy mi satysfakcja - odparła. - Satysfakcja z tego, że Kingsley Shacklebolt będzie musiał przyznać mi rację. Do widzenia.
I nie czekając aż ktoś ją odprowadzi wyszła z pokoju. Po chwili obie panny Labollay usłyszały tylko odgłos zamykanych drzwi.
- I co? - zapytała Anastasia utkwiwszy wzrok w ciotce.
- Nic - odparła. - Zrobię tak, jak powiedziała.
Tuż za plecami dziewczynki coś trzasnęło tak głośno, że aż podskoczyła.
- Flavia! - rozległ się donośny, męski głos.
Anastasia natychmiast się odwróciła. W kominku tkwiła głowa pana Gilderoya Lockharta. Od razu poznała jego siwe, kręcone włosy i jasnoniebieskie oczy, w których pomimo wieku wciąż pobłyskiwały iskierki młodzieńczej radości. W końcu widziała jego ruchome zdjęcie dzisiaj rano w "Proroku Codziennym", a na etażerce obok kanapy stało jego zdjęcie z ciocią Flavią w serdecznym uścisku.
- Gilderoy! A co ty właściwie tutaj robisz? - zapytała ciocia, podchodząc do paleniska. - I dlaczego narobiłeś tyle hałasu?
- Postanowiłem sprawdzić, czy jeszcze żyjesz i trochę przesadziłem z Proszkiem Fiuu - odparł reżyser. - Spóźniasz się już ponad pół godziny.
- Wiesz, że to się zdarza - próbowała rozładować atmosferę ciocia.
- Ale nie tobie - przerwał jej pan Lockhart. - Dlatego się zaniepokoiłem. A ludzie różne rzeczy ostatnio mówią... Chyba, że zwyczajne nie jesteś zainteresowana moją propozycją. - Spojrzał na swoją ulubioną aktorkę z takim rozbawieniem, jakby dobrze wiedział jako będzie odpowiedź.
- Oczywiście, że mi zależy, tylko...
- W takim razie odsuńcie się - powiedział Gilderoy Lockhart, a jego głowa zniknęła z kominka.
Ciocia szybko pociągnęła Anastasię w stronę okna. Zrobiła to w samą porę, bo w tej samej chwili z paleniska wystrzeliły zielone płomienie i pojawił się w nich pan Lockhart w całej okazałości.
- Poczułem się zaproszony - oznajmił z szerokim uśmiechem, strzepując ze swojej złotej szaty drobiny popiołu. - Chyba dawno nikt cię nie odwiedzał tą drogą.
- Gilderoy... Nie wierzę - wydukała ciocia, zanim znalazła się w objęciach dyrektora.
- Chyba nie myślałaś, że będę w stanie pracować bez ciebie - odpowiedział, odsuwając ją na odległość wyciągniętych ramion. - I prawdę mówiąc, już się trochę stęskniłem. A to na pewno jest Anastasia. - Jego wzrok w końcu padł na nieco zdezorientowaną dziewczynkę. - W pierwszej chwili, gdy dowiedziałem się, że masz w domu... dziecko, pomyślałem, że nie można cię nawet na krok spuścić z oka, żebyś nie narobiła sobie kłopotów. Na szczęście wciąż jesteś tak rozsądna, jak przez lata naszej współpracy.
- Czego nie można powiedzieć o tobie - mruknęła ciocia, której chwilowa radość ze spotkania pomału mijała.
Reżyser zignorował to:
- Gilderoy Lockhart - przedstawił się, ściskając rękę dziewczynki.
- Anastasia Labollay - odpowiedziała automatycznie. – Wiem, kim pan jest...
- To świetnie. Będzie nam łatwiej rozmawiać - zaśmiał się dyrektor. - Chyba, że to ciocia ci o mnie opowiadała. Wtedy na pewno słyszałaś o mnie same złe rzeczy.
- Gilderoy, nie psuj mi dobrze ułożonego dziecka - wtrąciła się Flavia Labollay, ale w jej głosie nie było słychać złości.
Mężczyzna natychmiast odwrócił się w jej stronę:
- Mam tutaj umowę dla ciebie - powiedział, zgrabnie zmieniając temat i sięgając za pazuchę. - Wystarczy podpisać. Choć nie obraziłbym się, gdybyś wcześniej poczęstowała mnie filiżanką kawy. Bo herbaty z pewnością nie masz.
- A jakże - zaśmiała się ciocia i wyszła do kuchni.
Anastasia całą siłą woli powstrzymywała się przed uświadomieniem go, czego można spodziewać się w ich spiżarni. Zauważyła, że pan Lockhart czuje się tutaj niezwykle swobodnie. Przewertował leżący na pomocniku dramat i dokładnie zbadał bilecik przy stojącym w pobliżu bukiecie. Uniósł brwi w niemym zdumieniu, zrobił bardzo głupią minę, w końcu rozsiadł się na kanapie.
- Poza kawą można u nas znaleźć tylko nabiał i czekoladę - nie wytrzymała Anastasia, bo chciała jakoś zacząć rozmowę. - Tę ostatnią nie zawsze, bo czasami zdążę zjeść, zanim ciocia dokupi.
- Wiem - zaśmiał się pan Lockhart. - Kilka lat temu, podczas pracy nad spektaklem w Wenecji mieliśmy wspólne mieszkanie. Przez całe trzy miesiące był problem z jedzeniem.
- Mógłbyś mnie nie pogrążać? - zapytała ciocia, stając w progu z tacą, na której niosła trzy filiżanki.
- Przecież nie opowiadam jej o tłumach twoich wielbicieli, którzy nas odwiedzali - usprawiedliwił się pan Lockhart tonem niewiniątka. - Mnie wprost nienawidzili, bo myśleli, że mamy... coś ze sobą...
- Daj wreszcie spokój - podała mu filiżankę z kawą, a przed Anastasią postawiła gorącą czekoladę. - Chciałam ci przypomnieć, że towarzyszy nam dziecko.
- Ja chętnie posłucham - wtrąciła natychmiast Anastasia. Skoro już musiała przebywać wyłącznie z dorosłymi, mogliby traktować ją jak równą sobie. - A dostanę kiedyś kawę?
- Kiedyś na pewno.
Ciocia pieszczotliwie zmierzwiła jej włosy, obeszła stolik kawowy dookoła i usiadła na kanapie. Przez chwilę mieszała w swojej filiżance łyżeczką, raz po raz rzucając tajemnicze spojrzenia na pana Lockharta. Jakby knuła iście szatańską intrygę.
- Wiesz - zagadnęła w końcu. - Jestem w stanie zrozumieć te zastępy czarodziejów pod moim balkonem, kwiaty, zaproszenia i tak dalej... Byłam piękna i młoda...
- Nadal jesteś.
- Ale co te wszystkie kobiety widziały w tobie? - kontynuowała niestrudzenie Flavia Labollay. - Ile razy cię z jakąś przyłapałam? A przecież nawet wtedy nie byłeś już młody.
- Jak to co widziały? - zaśmiał się pan Lockhart. - Szansę na wielką karierę. Ale tylko tobie się udało...
- Bo nigdy nie dałam ci się uwieść - odpowiedziała spokojnie ciocia. - Poza tym trudno tutaj mówić o jakiejś karierze, skoro grałam niemal wyłącznie u jednego reżysera...
- Nie przesadzaj, zdarzały ci się małe skoki w bok - przerwał jej dyrektor. - A ja wtedy umierałem z zazdrości. Nie zmienia to jednak faktu, że jesteś kobietą, która wytrzymała ze mną najdłużej.
- Jakieś dwadzieścia pięć lat - mruknęła ciocia, jakby wcale nie była szczęśliwa z tego powodu.
- Dlatego sądzę, że czas to sformalizować - zażartował pan Lockhart, podsuwając jej przyniesioną umowę.
Ciocia drżącą dłonią sięgnęła po zwój pergaminu i pomału go rozwinęła. Anastasia natychmiast wstała z pufy, którą dotychczas zajmowała i usiadła na boku kanapy, aby zajrzeć jej przez ramię. Dyrektor wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie.
- Co?! - wykrzyknęła ciocia w pewnym momencie. - Dwa tysiące galeonów miesięcznie?
- Plus dodatkowo płatne za każdy spektakl - wtrącił pan Lockhart. - Też niemałe sumki, ale jeśli chcesz, możemy negocjować. Gdzieniegdzie się utnie, tobie się doda, kogoś się zwolni...
- Wiesz co? Chyba McKinnon i Warrington miały rację - zaśmiała się ciocia. - Zrujnujesz ten teatr jak nic. Twoja pierwsza żona też niezbyt pochlebnie wyrażała się o tej decyzji... W życiu tyle nie zarabiałam...
- Daj spokój. - Pan Lockhart pokręcił głową. - Zawsze udawało mi się załatwić ci dobre stawki. Pamiętasz Eger?
Flavia Labollay aż się zarumieniła. Wcześniej jej się to nigdy nie zdarzało, więc Anastasia natychmiast musiała zadać dodatkowe pytanie:
- Coś ty tam nawyprawiała?
- Nic takiego.
- Twoja ciocia świetnie zna węgierski - próbował wybawić ją z opresji reżyser. - Lepszego tłumacza nigdy nie miałem.
- Wiem, że zna węgierski. Ja też. I co dalej? - dopytywała Anastasia.
- Zupełnie nic... No... - I już było widać, że ciocia pomału ustępuje. - Kiedyś mieliśmy jakiś dzień wolny... Postanowiliśmy trochę pozwiedzać. Gilderoy wyciągnął mnie na jakąś degustację win do pobliskich winnic i... Zupełnie nie pamiętam jak stamtąd wróciłam...
- Czyli, że taki sam efekt jak u twojej kochanej cioteczki Bueny po ostatnich urodzinach dziadka, jak wypiła za dużo krwi - zaśmiała się Anastasia. - Też wymiotowałaś?
- Nie!
- No... Nie byłbym tego taki pewny - wtrącił pan Lockhart. - To ja odstawiłem cię do łóżka. Do niczego nie doszło! - dodał szybko.
- Mam taką nadzieję - podsumowała kwaśno ciocia. - I lepiej, żeby nikt więcej się o tym nie dowiedział, bo chciałam ci przypomnieć, że w Barcelonie to ja znalazłam cię w tawernie pod stołem. I też do niczego nie doszło. - Ostatnie zdanie wyraźnie skierowane było do Anastasii.
- Nie pamiętam, ale w to akurat nie wątpię - westchnął reżyser, jakby z lekkim ubolewaniem. - Ty już się nie zakochujesz, ani nie dajesz ponieść się chwili.
- I chwała Bogu! Dość już przeszłam.
- Nie musisz mi przypominać. Wciąż pamiętam w jakim stanie wyciągnąłem cię z tej węgierskiej twierdzy wampirów, w której miałaś zamiar spędzić resztę życia...
Anastasia miała wrażenie, że jej cioci i pan Lockhart, pomimo sporej różnicy wieku, są swego rodzaju przyjaciółmi na dobre i na złe. Zaczęła się już nawet zastanawiać, czy ktokolwiek zna ich lepiej, niż oni siebie nawzajem. I co ciocia robiła w wampirzej twierdzy na Węgrzech? Sama Anastasia była tam kilka razy z rodzicami lub z dziadkami i wcale jej się nie podobało. Bo co może być przyjemnego w kamiennym zamczysku stale otoczonym mgłą unoszącą się nad dwoma, odgradzającymi je od reszty świata, rzekami?
- Podpisz to w końcu - usłyszała głos pana Lockharta.
- Stasi, podaj mi pióro - powiedziała ciocia Flavia. - I tak w teatrze będą takie plotki, że aż miło.
- Plotki już są. - Dyrektor wzruszył ramionami, jakby go to mało obchodziło. - Jeszcze chwila i powinniśmy ogłosić swoje zaręczyny. Twoje przyjaciółki, Samanta i Celia, mają świetną zabawę. A dla mnie to komplement.
Anastasia podsunęła cioci pióro i odkorkowany atrament. Flavia Labollay bez wahania złożyła podpis na umowie o pracę.
- Cieszę się, że uważają, że coś jeszcze możesz - powiedziała, oddając mu podpisany dokument.
- Nie jesteś zbyt miła - zaśmiał się, chowając go z powrotem za pazuchę.
- Nigdy nie byłam - odparła beztrosko ciocia.
Oboje zaczęli się śmiać, a potem rozmowa znów zeszła na wspomnienia dawnych czasów. Anastasia przysłuchiwała się temu uważnie. Wszystko wskazywało na to, że sporo ze sobą przeżyli. i wyglądało na to, że Flavia Labollay rzeczywiście potrafi dobrze się bawić. Ciekawe czy jej rodzice o tym wiedzieli?
Dopiero gdy mieniące się czerwienią i ciemnym złotem słońce zaczęło przybliżać się do dachów domów, chyląc się ku zachodowi, Flavia Labollay zerwała się jak oparzona:
- Gilderoy! Ja cię zabiję! Przez ciebie zapomniałam, że miałam wybrać się do Whitby! - wykrzyknęła.
Narobiła takiego zamieszania, że Anastasia zupełnie nie wiedziała co się wokół niej dzieje. W jednej chwili żegnała się z panem Lockhartem, w drugiej robiła jakieś hokus-pokus... Poprawiała makijaż i z papierosem w ręce zakładała szatę wierzchnią... Później zaklęciem starała się pozbyć wypalonej w tiarze dziury.
- Idziesz ze, mną? - zapytała w końcu, patrząc na oniemiałą Anastasię.
- Do Dworu Cieni? - upewniła się dziewczynka. - Za nic. - Nie chciała na razie tam wracać.
- I dobrze - skwitowała ciocia.
Wybiegła z mieszkania nie racząc nawet zamknąć drzwi. Po chwili wróciła z Pomoną Sprout drepczącą za nią w kapciach z puchowymi, różowymi pomponami. A kilka minut później wyszła na dobre.
Ciocia Pomona zajęła się próbami przynajmniej częściowego wysprzątania mieszkania. Zabrała się nawet za pranie. Chyba czuła się o wiele lepiej, niż żaliła się ostatnio swojej młodej sąsiadce. Anastasia chodziła za nią krok w krok, opowiadając o wizycie pana Lockharta. Była nauczycielka nie wyglądała na zaskoczoną. Potem zapadł już całkowity mrok, a ciocia przyniosła od siebie z mieszkania coś do jedzenia i zgodziła się przeczytać podopiecznej jedną z baśni Beedle'a. Niestety, zasnęła na kanapie, zanim Anastasia zdążyła zdecydować którą.
Dziewczynka nie musiała zastanawiać się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym wieczorem. Po raz pierwszy została tutaj niemal sama. Pomona Sprout w najlepsze chrapała na kanapie. Musiała spać mocno. Na wszelki wypadek Anastasia przykręciła lekko lampy i jak najciszej mogła, zaczęła zaglądać do kolejnych szuflad w pokoju cioci.
Znajdowała perfumy, kosmetyki, biżuterię... Zakreślacze, stare egzemplarze teatralne i listy, które bardzo ją kusiły, ale jednak nie miała odwagi czytać prywatnej korespondencji cioci. Chyba nawet bała się tego, czego mogłaby się z nich dowiedzieć. I w tym momencie znalazła to, czego szukała. W otwartej przez nią szufladzie spoczywały oprawione w skórę albumy fotograficzne, każdy opatrzony odpowiednim numerem, ułożone zgodnie z kolejnością.
Zaczęła przeglądać kolejne ruchome zdjęcia. Pierwsze z nich przedstawiały jedenastolatkę o kruczoczarnych włosach i tych samych bystrych ciemnych oczach, które tak dobrze znała. W Dworze Cieni, później w szatach Hogwartu...Z Reginaldem Labollayem, z jej ojcem i matką, ze swoimi ciotkami, z Camillą Dragolia... W końcu nastoletnie dziewczyny w jakimś pokoju w barwach Ravenclawu, jak Anastasia wiedziała, jednego z domów Hogwartu. Zapewne ciocia do niego należała, zdecydowanie najbardziej tam pasowała... Potem pojawiła się jeszcze jakaś dużo młodsza od nich dziewczynka...
Flavia Labollay z fotografii na fotografię stawała się coraz starsza. Nie była już podlotkiem, wyrosła na tę piękną kobietę, którą była teraz. Pojawiły się jej zdjęcia z jakimś mężczyzną, czarujące i romantyczne... Choć Anastasia domyślała się, kim on jest, nie mogła uwierzyć w to, że ich wspólna historia z niewiadomych przyczyn tak nieszczęśliwie się skończyła.
Zabytkowy zegar w korytarzu wybił północ. Nastąpiła cała seria zdjęć z Twierdzy Wampirów. Ciocia towarzyszyła Imre Simolinowi i jego żonie podczas oficjalnych przyjęć i spotkań. Nie uśmiechała się, nie promieniowała radością, ale też nie płakała. Jedynie jej wzrok skrywał jakąś bolesną tajemnicę. Może tęsknotę za utraconą na zawsze miłością, może złość, a może po prostu zobojętnienie. Poddawała się losowi i nie chciała sprzeciwiać się temu, co było jej pisane.
I w końcu na fotografiach pojawił się Gilderoy Lockhart - blondwłosy, jak zawsze roześmiany. Setki zdjęć ze spektakli, z bankietów, z różnych europejskich krajów. Zawsze blisko siebie, często w uścisku. Widać było, że panna Labollay z każdym nowym miastem, odzyskuje dawną radość życia. Utraconą miłość z czasem musiało zastąpić oddanie się pracy i przyjaźni.
I zdjęcia z chrztu Anastasii. A potem znów wyjazdy do Barcelony, do Wenecji, do Egeru, do Yorku, do Wiednia, do Pragi, do Petersburga... Wszystkie opisane, a miejsca tak cudowne, że w umyśle Anastasii zaczęło rodzić się marzenie, aby kiedyś zobaczyć je na własne oczy. W końcu nie wiedzieć kiedy zasnęła na albumach. Największą zagadką pozostawało jednak to, w jaki sposób znalazła się potem w łóżku...
Trudno było uwierzyć, że odkąd Anastasia zamieszkała przy ulicy Pokątnej, minęły już ponad cztery miesiące. Na letnie wakacje wrócili do domu Daniel i Florian Fortescue, a ciocia Flavia nauczyła się gotować owsiankę. Sprzedawczyni w Delicjach Hitchensów o mało nie dostała zawału, gdy panna Labollay kupiła coś innego niż jogurt, kawa i czekolada.
W tej chwili Anastasia stała w piżamie przy umywalce, usilnie starając się przy pomocy mydła ściągnąć pierścionek z opuchniętego palca. Hamlet siedział na klozecie z zaciekawieniem przyglądając się jej poczynaniom.
Anastasii cisnęły się na usta przekleństwa, jakich Flavia Labollay używała zwykle, gdy coś jej nie wychodziło w kuchni. Nosiła ten należący do cioci, srebrny pierścionek z czarnym oczkiem od dwóch tygodni i nic się nie działo. A oto tej nocy palec się zaczerwienił, spuchł, a na dodatek piekł niemiłosiernie.
Po kolejnej nieudanej próbie, zrezygnowana postanowiła poprosić o pomoc ciocię. Flavia Labollay nie była zachwycona, gdy się o tym dowiedziała.
- Nie zauważyłaś, że nawet damy dworu twojego dziadka srebrną biżuterię zakładają tylko na kilka godzin, a potem ją zdejmują? - mówiła podenerwowana, wcierając jej w palec jakąś ziołową maść. - A wcześniej używają pudru. Myślałaś, że można nosić to non stop? Stasi, zapominasz chyba, że masz geny wampirów. A dzisiaj w nocy była pełnia, więc... te geny stały się bardziej aktywne...
Pierścionek w końcu zszedł jej z palca.
- Muszę wyjść do cioci Lucrezii po maść z krwią nietoperza, żeby przestało cię piec - dodała. - Skończyła mi się. Postaraj się nie przeszukać wszystkich szafek zanim nie wrócę. Jeśli czegoś nie potrafisz znaleźć, zapytaj.
I wyszła, zostawiając Anastasię samą. Ostatnio zdarzało się to coraz częściej, gdy wybywała na krótko, a dziewczynce bardzo to odpowiadało. Denerwowało ją natomiast to, ze do cioci pomału dociera, że teraz to ona jest odpowiedzialna za jej wychowanie. I naprawdę zaczęła zachowywać się jak jej matka. Teraz nie tylko dowcipkowała z nią i rozmawiała na różne tematy, ale też pouczała i dawała "dorosłe" rady. Winą za te zmiany Anastasia obarczała Themis i Buenę, które ostatnio przysyłały stanowczo za dużo listów. Gdy więc w tej chwili usłyszała pukanie do szyby w salonie, poważnie rozważała możliwość poszczucia ptaka Hamletem. Może w końcu by coś upolował...
Mocno się zdziwiła, kiedy na parapecie zobaczyła sowę, a nie kruka. Jeszcze bardziej zdumiona była, gdy odkryła, że na kopercie widnieje jej imię i nazwisko.
Pośpiesznie ją rozerwała, rzucając tylko okiem na herb z krukiem, gryfem, borsukiem i wężem wokół litery H:
HOGWART
SZKOŁA
MAGII I CZARODZIEJSTWA
DYREKTOR: MINERWA McGONAGALL
(Kawaler Orderu Merlina Pierwszej Klasy, Honorowy Członek Międzynarodowego Towarzystwa Transmutacji)
Odczytała:
Droga Anastasio,
Miło mi poinformować Cię, że zostałaś przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
Rok szkolny rozpocznie się w środę 1-go września. O godzinie jedenastej wszyscy uczniowie wyruszą do Hogwartu z peronu 9 i 3/4 na londyńskim dworcu King's Cross. Bardzo proszę, abyś przesłała nam wiadomość potwierdzającą Twoją chęć wstąpienia w szeregi naszych studentów do 31-go lipca.
Wysyłam również listę wyposażenia, które będzie Ci potrzebne podczas nauki w naszej szkole magii.
Serdecznie pozdrawiam,
Aurora Sinistra
zastępca dyrektora
Anastasia w jednej chwili zapomniała o Themis, o Buenie, o pełni, a nawet o piekącym palcu. Jak zauroczona uśmiechała się do trzymanej w dłoniach pergaminowej kartki. Ale się ciocia ucieszy, gdy to zobaczy!